
Szukana fraza:
| Zagraniczne media o śmierci Szymborskiej | 2012-02-02 |
|
"Wisława Szymborska, poetka życia, która potrafiła w drobiazgach odnaleźć cuda egzystencji" - tak o zmarłej poetce piszą największe włoskie gazety, które zaznaczają, że Polka była tam oklaskiwana jak "gwiazda rocka". Jej twórczość docenił też amerykański "New York Times" zaznaczając, że jej poezja sprawia duże problemy przy tłumaczeniu. Włoska "Corriere della Sera" stwierdza: "poezja Wisławy Szymborskiej posiadła dar godny pozazdroszczenia; można ją było pokochać od pierwszego wejrzenia, bez szczególnych odniesień poetyckich i kulturalnych". "Jej siłą była bez wątpienia bezpośredniość, prosta droga, którą potrafiła wyznaczyć między słowami i horyzontem doświadczenia czytelnika, każdego czytelnika, przy czym w żadnym razie nie odbywało się to ze szkodą dla złożoności i wartości mowy poetyckiej" - dodała największa włoska gazeta, która pod koniec grudnia zapoczątkowała wielką serię "Wiek poezji" od tomu wierszy polskiej noblistki. Według dziennika ten, kto czyta Szymborską nie potrzebuje dokonywać żadnych odniesień do literatury, bo "to, co się liczy, to jej własne życie" "Darem od losu u tej poetki było to, że umiała pogodzić niemal wszystkich: wojujących krytyków, nauczycieli akademickich, miłośników poezji, przypadkowych czytelników" - dodaje. "Szymborska jak niewielu potrafiła połączyć prostotę i głębię, komunikację i elegancję, a w czasach językowych komplikacji i kłopotów z natchnieniem można powiedzieć, że bez wątpienia przysłużyła się poezji czy dokładniej - zaufaniu, jakim można ją obdarzyć" - podkreślono. "Corriere della Sera" pisze: polska poetka "jest przy nas blisko, mówi o naszych sprawach, o naszych najdrobniejszych przyzwyczajeniach". Na jej łamach o Szymborskiej pisze też wydawca Roberto Calasso, właściciel prestiżowej oficyny Adelphi, nakładem której ukazały się we Włoszech jej wiersze. Kładzie on nacisk na to, że poetka trafiała ze swymi strofami do wszystkich czytelników; od tych najbardziej wymagających po tych, którzy "unikają poezji" i to właśnie reakcja tych drugich, stwierdza, była najbardziej zaskakująca. Wszyscy, ocenia, widzieli w niej nauczycielkę sztuki życia. Krytyk literacki "La Repubblica" Franco Marcoaldi żegna poetkę, odnotowując, że "zdobyła nobla dzięki wdziękowi i ironii". Pisze, że na spotkania z nią na świecie przybywały takie tłumy, jak na koncerty gwiazdy rocka, a z każdym rokiem wydawano coraz więcej zbiorów jej wierszy. Przypomina, że ogromna popularność Szymborskiej we Włoszech to przede wszystkim zasługa zmarłego niedawno wybitnego polonisty i tłumacza Pietro Marchesaniego. Marcoaldi podkreśla, że powracającym motywem jej twórczości, a także "niezapomnianej" - jak stwierdza - mowy noblowskiej były słowa "nie wiem". Wymienia też najważniejsze cechy jej poezji: sceptycyzm, trzeźwość umysłu, precyzję, oparte na języku kolokwialnym, "zdolnym jednak do stałego obalania stereotypów". "La Stampa" przypomina, że Czesław Miłosz powiedział w dniu przyznania Nobla Szymborskiej w 1996 roku, że werdykt ten podyktowany był "nie geopolityką, ale harmonią". To prawda - zaznacza turyńska gazeta - w jej poezji "było dużo harmonii, ale żadnej polityki ani Wojtyły". "To czysta poezja, dostosowana do życia we wszystkich jego wyrazach, także tych najmniej znaczących, aż do miłości i śmierci" - pisze "La Stampa". Przypomina, że we Włoszech Wisława Szymborska stała się "kultową poetką". Poezja Wisławy Szymborskiej była raczej intymna, prosta, zarówno jeśli chodzi o dobór tematu, jak i język, ale jej wieloznaczność i skłonność do tworzenia słów sprawiały duże problemy przy tłumaczeniu - pisze "New York Times" we wspomnieniu noblistki. Dziennik odnotowuje w czwartek, że Szymborska była popularna w Polsce, gdzie "poeci często traktowani są jak romantyczni bohaterowie", ale mało znana za granicą. Przypomina, że poetka publikowała rzadko, cienki tomik co kilka lat, i przytacza fragmenty wierszy "Kot w pustym mieszkaniu" i "Żona Lota". Większość jej twórczości była "kontemplacyjna", ale w jej dorobku znalazło się także miejsce dla śmierci, tortur, wojny i Hitlera, którego przedstawiła jako "dzidziusia w kaftaniku" - pisze "NYT". Decyzja o przyznaniu jej literackiego Nobla w 1996 roku całkowicie ją zaskoczyła, a nawet sparaliżowała - wspomina w gazecie profesor literatury w Northwestern University i tłumaczka wierszy Szymborskiej na angielski Clare Cavanagh. "NYT" przytacza wykład noblowski Szymborskiej, w którym żartowała, że życie poetów nie nadaje się na materiał do filmów, a "ich praca jest beznadziejnie niefotogeniczna". Nowojorski dziennik wspomina, że pierwsze wiersze Szymborskiej utrzymane były w stylistyce realnego socjalizmu, ale - jak podkreśliła ona sama w wywiadzie dla "NYT" po otrzymaniu Nobla - jej poezja nie jest polityczna, a poświęcona "ludziom i życiu". "Posługiwała się wnikliwą obserwacją do rozmyślań nad uniwersalnymi prawdami, często odwołując się do codziennych skojarzeń" - wspomina "Washington Post". "Der Spiegel": to niezastąpiona strata O śmierci polskiej poetki informują również niemieckie media. Duże wspomnienie publikuje m.in. "Der Spiegel", który pisząc o jej twórczości zaznacza, że do opisu tak istotnych tematów jak miłość, śmierć i przeszłość, wykorzystywała proste przedmioty codziennego użytku. Przytacza też wypowiedź ministra Radosława Sikorskiego, że jej śmierć to "niezastąpiona strata" dla Polski. Niemiecka gazeta przypomina, że jej pierwsze dzieła powstały w duchu socjalizmu, jednak zaznacza, że podobnie jak wielu innych polskich poetów „zawiodła się i rozczarowała komunizmem". "Szymborska była uważana za nieśmiałą. W ostatnich latach bardzo rzadko udzielała wywiadów" - pisze niemiecka gazeta. Przytacza też wypowiedź z jednego z jej ostatnich wywiadów, że "nie jest instytucją kultury". Hiszpańska prasa: jej poezja to mieszanka wzruszenia i ironii Hiszpańska prasa poinformowała o śmierci polskiej noblistki na łamach głównych dzienników, m.in. "El Pais", "ABC" i "El Mundo". "Poezja Szymborskiej to mieszanka wzruszenia i ironii, metafizyki i codzienności" - napisał poeta Javier Rodriguez Marcos w "El Pais". - Ci, którzy zastanawiali się, po co jest Nagroda Nobla, znaleźli odpowiedź w październiku 1996 roku. W tym roku Szwedzka Akademia uhonorowała polską poetkę, której nazwisko wciąż uczymy się wymawiać - napisał Javier Rodriguez Marcos w internetowym wydaniu hiszpańskiego dziennika "El Pais". Jak podkreślił Marcos, poezja Wisławy Szymborskiej to "mieszanka wzruszenia i ironii, metafizyki i codzienności - jak przystało na poetkę, która jednocześnie czyta Jaspersa i pisma dla kobiet". Przypomniał on również słowa Szymborskiej wypowiedziane w chwili odbierania Nagrody Nobla: "Dziś poeta jest sceptyczny, a wręcz podejrzliwy", które zostały zapamiętane jako jedne z najkrótszych i najbardziej ironicznych. Poezja pełna niedopowiedzeń, intelektualnych i pojęciowych sprzeczności, pozbawiona patosu i wielkich słów oddaje osobowość samej poetki, która - jak skomentował Marcos - aby unikać w rozmowach pozy "bycia zbyt poważną", ze swoimi przyjaciółmi, zaprzyjaźnionymi dziennikarzami i tłumaczami spotykała się w swym skromnym krakowskim mieszkaniu, gdzie "nigdy nie brakowało czekoladek i brandy". Szymborska, która zawsze wątpiła we wszystko i której ulubionym powiedzeniem było proste "Nie wiem", nigdy nie traktowała swojej twórczości z przesadną powagą. A zdanie-motto "Tylko trochę naiwne pytania są naprawdę głębokie" towarzyszyło jej przez lata - podsumował Marcos. komentuj >> | |
| Rehn: blisko porozumienia ws. oddłużenia Grecji | 2012-01-27 |
|
Szef Deutsche Banku ogłosił w piątek w Davos, że prywatne banki są skłonne zaakceptować 70-proc. straty na greckich obligacjach, więc jest blisko porozumienia w tej sprawie z Atenami. Komisarz UE ds. walutowych Olli Rehn uznał, że są szanse na to w weekend. Tymczasem szef eurogrupy Jean-Claude Juncker wezwał w wywiadzie dla piątkowego dziennika austriackiego "Standard", by z części swoich wierzytelności wobec Grecji zrezygnowały nie tylko banki - co zostało ustalone na szczycie UE w lipcu ub.r., ale także kraje członkowskie. "Mimo wszystko akceptujemy straty w wysokości 70 proc. To naprawdę dużo - powiedział szef Deutsche Banku Josef Ackermann na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos. - Teraz każdy musi też wnieść jakiś swój udział, a potem zobaczymy, co będzie. Ufam, że znajdziemy rozwiązanie". Chodzi o ustalenie z warunków, na jakich banki mają zmniejszyć kwotę swych opiewających na 350 mld euro wierzytelności wobec Grecji o ok. 100 mld euro. UE i MFW ostrzegły, że bez porozumienia o dobrowolnym udziale sektora prywatnego (Private Sector Involvement - PSI) w redukcji greckiego długu, długu tego nie da się ustabilizować i obie instytucje nie udzielą dalszej pomocy. Negocjacje w tej sprawie trwają. "Jeśli do porozumienia nie dojdzie dzisiaj (w piątek), to bez wątpienia w weekend" - ocenił Rehn w Davos. Przebywający tam także niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble uznał, że nie należy się spodziewać bankructwa Grecji. W ramach drugiego pakietu, oprócz redukcji długu o straty pożyczkodawców, Grecja ma otrzymać 130 mld euro od eurolandu i MFW, z czego 30 mld to gwarancje dla inwestorów, zachęcające ich do wymiany obligacji greckich na papiery o połowę niższej wartości. W zamian kraj zobowiązał się do przyjęcia daleko idących oszczędności. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Europejskiego Banku Centralnego są w Atenach, by skontrolować realizację warunków otrzymania przez Grecję nowego pakietu pomocowego. Jest on niezbędny dla sfinansowania wykupu greckich obligacji wartości ok. 14,4 mld euro, których wymagalność wypada 20 marca. Juncker powiedział, że po zawarciu porozumienia między greckim rządem a bankami "kraje powinny sobie postawić pytanie, czy nie jest konieczna jakaś pomoc publiczna". Ponieważ - według niego - cel zredukowania greckiego długu do 120 proc. PKB, czyli poziomu wymaganego przez MFW w celu odblokowania dalszego wsparcia, nie zostanie osiągnięty tylko poprzez same ustępstwa prywatnych wierzycieli Grecji (według szacunków obniży to dług do ok. 130 proc.). Obecnie grecki dług wynosi ok. 160 proc. PKB. W czwartkowym wywiadzie dla "Le Figaro" Juncker zasugerował, że jakiś ciężar powinien ponieść także Europejski Bank Centralny, który ma ok. 45 mld euro greckich obligacji. EBC stanowczo odmawia. Greckie media opisują w piątek w szczegółach listę wymaganych przez KE oraz MFW reform, cięć i oszczędności, które są warunkiem uruchomienia pakietu pomocowego w wysokości 130 mld euro. Media nazwały 10-stronicowy dokument "dziesięcioma przykazaniami", przewidując jednocześnie, że wywoła on nową falę protestów społecznych i strajków. Wśród zaleceń są m.in.: cięcia w dodatkowych emeryturach, wzrost podatku od nieruchomości, deregulacja rynku pracy prowadząca do obniżek płac w sektorze prywatnym, likwidacja miejsc pracy w sektorze publicznym. Według zapowiedzi rządu w Atenach, rozmowy ws. warunków nowej pomocy mają się zakończyć do 13 lutego; ten sam termin był dotąd podawany jako data rozpoczęcia redukcji greckiego zadłużenia o ok. 100 mld euro. komentuj >> | |
| Dzieci ofiarami wiary w złe duchy | 2012-01-22 |
Louise Hunt Coraz większa liczba dzieci - głównie wśród imigrantów pochodzenia afrykańskiego - pada ofiarą różnego rodzaju rytuałów i egzorcyzmów. Są oskarżane o czary lub opętanie, a potem maltretowane i wykorzystywane. Pracownicy socjalni wiedzą, że codziennie mogą mieć do czynienia z nieoczekiwanymi sytuacjami - to specyfika ich zawodu. Dziś jednak brytyjscy specjaliści od ochrony dzieci coraz częściej spotykają się ze zjawiskiem, na które nie przygotowały ich żadne podręczniki: znęcaniem się nad dziećmi związanym z wiarą w czary i złe duchy. Maltretowanie dzieci podejrzewanych o opętanie przez złe duchy i uprawianie czarów to coraz częstsze zjawisko, dowodzą tego badania specjalnej komisji brytyjskiej Izby Gmin. Najczęściej zdarza się to w społecznościach pochodzenia afrykańskiego i wynika z ekstremalnych, fundamentalistycznych przekonań religijnych. Eksperci sądzą, że wzrost liczby takich przypadków to między innymi efekt ubożenia rodzin i niepowodzeń wywołanych kryzysem ekonomicznym. Ten wciąż stosunkowo nieznaczny, ale wyraźnie przybierający na sile trend budzi na tyle poważne zaniepokojenie, że brytyjskie ministerstwo edukacji planuje opracowanie planu działania w dziedzinie ochrony dzieci przed nadużyciami religijnymi i wynikającymi z wiary w czary. Chodzi zarówno o to, aby zwiększyć świadomość tego problemu w społeczeństwie, jak o znalezienie konkretnych środków zaradczych. Philip Ishola z London Safeguarding Children Board (LSCB, organizacji zajmującej się pomocą dzieciom) był odpowiedzialny za przygotowanie programu szkoleniowego dla pracowników socjalnych na temat nadużyć religijnych wobec dzieci. - Przed nami dużo pracy - mówi. - Chcemy stworzyć kompletny system umożliwiający reagowanie na takie przypadki. Obecnie taki system w Wielkiej Brytanii nie istnieje, a pracownicy socjalni mają trudności ze zdefiniowaniem i zrozumieniem tego typu sytuacji. Wiara w opętanie Związek pomiędzy wiarą w opętanie przez złe duchy a znęcaniem się nad dziećmi znalazł się w centrum publicznej uwagi w 2000 r., kiedy w londyńskiej dzielnicy Haringey ośmioletnia Victoria Climbié, pochodząca z Wybrzeża Kości Słoniowej, była torturowana, a później została zamordowana przez swoich opiekunów przekonanych, że dziecko jest opętane. Wiarę tę podtrzymywali przywódcy religijni społeczności, do której należeli sprawcy. W 2005 r. trzy osoby ze wschodniego Londynu zostały oskarżone o okrucieństwo wobec kolejnej ośmiolatki, tym razem pochodzącej z Angoli. Dziewczynka była głodzona, bita, kaleczona nożem, w jej oczy wcierano paprykę chili - wszystko po to, aby "uwolnić ją od złego ducha". Pracownicy Africans Unite Against Child Abuse (AFRUCA, organizacji walczącej z molestowaniem i dręczeniem dzieci, założonej przez osoby pochodzenia afrykańskiego i pracującej w afrykańskich środowiskach w Wielkiej Brytanii) twierdzą, że maltretowanie dzieci z pobudek religijnych zdarza się coraz częściej. - W ubiegłym roku mieliśmy do czynienia z 12 przypadkami w samym tylko Londynie i okolicy - mówi przewodnicząca organizacji Prospera Tedam. - A mówimy tylko o naprawdę poważnych przypadkach, w których dręczenie dzieci wynikało z wiary w świat czarów. Justin Bahunga, także przedstawiciel AFRUCA, opowiada, że w opisywanych przypadkach dzieci były podduszane, przypalane rozgrzanymi przedmiotami (także żelazkiem), brutalnie bite i głodzone - oprawcy wierzyli, że w ten sposób "zmuszą złego ducha do odejścia". Wiara że istnieją siły zdolne kontrolować zachowanie człowieka i wydarzenia jest powszechna w Afryce i w afrykańskich społecznościach w Europie, w tym także w Wielkiej Brytanii. Oczywiście można powiedzieć, że podobne założenia występują w wielu religiach, ale w przypadku afrykańskich społeczności w Wielkiej Brytanii ich rolą jest także kanalizowanie problemów związanych z problemami imigrantów, biedą i bezrobociem. - Zdesperowani ludzie szukają pomocy i porady u swoich przywódców religijnych - tłumaczy Justin Bahunga. - A niektórzy radykalni pastorzy winą za ich problemy obarczają dzieci. Bo dzieci są najłatwiejszym celem... Pracownicy AFRUCA spotkali się ostatnio z sytuacją, w której dziecko uznane za "opętane" było uznane za "sprawcę" bezpłodności swojej macochy. - Pastor powiedział im: "Nieważne, jakie macie problemy. Ja was od nich uwolnię, chroniąc was przed działaniami złych duchów i czarów" - opowiada Bahunga. - Status pastora w tej społeczności jest tak wysoki, że jego słowa traktowane są jako wyraz woli Boga. Ludzie płacą im za porady, za sprawowanie egzorcyzmów. Oni żerują na słabości i bezbronności takich rodzin. Najczęściej ofiarami oskarżeń o czary padają dzieci niepełnosprawne, osierocone i te, które sprawiają problemy wychowawcze. Na duże ryzyko narażone są także te dzieci, które musiały pozostawić rodziców i mieszkają pod dachem krewnych czy innych opiekunów. AFRUCA stara się o zmiany w prawie, które sprawiłyby że oskarżanie kogoś o czary byłoby nielegalne. Na razie jednak podstawowym problemem jest fakt, że liczba przypadków rośnie, co przynajmniej po części spowodowane jest kryzysem ekonomicznym. - Obawiamy się, że tendencja wzrostowa jeszcze przyspieszy - mówi Justin Bahunga. - Trudna sytuacja ekonomiczna może prowokować kolejne oskarżenia o opętanie, zwłaszcza wśród tych imigrantów, którzy niedawno przybyli do Wielkiej Brytanii. Okazuje się także, że oskarżenia o czary coraz częściej są narzędziem kontroli dzieci - ofiar handlu ludźmi. Badania prowadzone przez międzynarodową organizację ECPAT, zajmującą się zwalczaniem seksualnego wykorzystywania dzieci, dowodzą, że handlarze żywym towarem zmuszają dzieci do uczestnictwa w "magicznych rytuałach" jeszcze w krajach ich pochodzenia - po to, aby po wywiezieniu za granicę nie próbowały szukać pomocy. - Choćby handlarz był bardzo daleko, te dzieci nadal są przekonane, że coś złego spotka je, jeśli go wydadzą - mówi szefowa brytyjskiego oddziału ECPAT Christine Beddoe. - Wielokrotnie spotykaliśmy się z takimi sytuacjami. Zachowanie takich dzieci wyraźnie sugeruje, że żyją one w ciągłym strachu. W lipcu 2011 niejaki Anthony Harrison ze Stratford we wschodnim Londynie jako pierwsza osoba w Wielkiej Brytanii został skazany za wykorzystywanie magicznych rytuałów do kontrolowania ofiar handlu ludźmi. Za uwięzienie dwóch nigeryjskich dziewczynek, mających 14 i 16 lat, i zmuszanie ich do prostytucji skazano go na 20 lat więzienia. Pani Beddoe chwali działania śledczych z londyńskiej policji, które doprowadziły do aresztowania i oskarżenia Harrisona. Żałuje jednak, że różne agencje nie stworzyły dotąd wspólnej bazy danych dotyczącej takich przypadków. Spowodowane to jest przede wszystkim brakiem wiedzy na temat praktyk magicznych i ich skutków, ale zdaniem pani Beddoe także obawami pracowników społecznych do ingerowania w coś, co często uznają za specyfikę kulturową danej grupy czy rodziny. - To wielkie wyzwanie - przyznaje szefowa brytyjskiego ECPAT. - Specjaliści przymykają oczy na pewne praktyki, uznając je za elementy kultury imigrantów nawet wtedy, kiedy są one ewidentnie szkodliwe dla dzieci. Tam, gdzie dochodzi do maltretowania czy wykorzystywania dzieci, nie powinno być miejsca na wrażliwość kulturową. Takie przypadki trzeba dokumentować, a różne organy i agencje państwowe muszą znaleźć sposób na wymianę informacji w tej sprawie. Ostatnie poważne badania na temat maltretowania i wykorzystywania dzieci oskarżanych o czary zostały przeprowadzone w 2006 r. Opisano w nich 74 przypadki, które miały miejsce w Wielkiej Brytanii od 2000 r., a w których można było wykazać jednoznacznie, że chodziło właśnie o to zjawisko. Trzy czwarte tych przypadków miało miejsce w Londynie, a większość dzieci była pochodzenia afrykańskiego (było także kilkoro dzieci z południowo-wschodniej Azji i jedno pochodzące z rodziny białych Anglików). Połowa tych dzieci urodziła się już na terenie Wielkiej Brytanii. Ochronić dzieci Zasady dotyczące ochrony dzieci w takich przypadkach zostały sformułowane już w 2007 r. Niestety, jak mówią przedstawiciele organizacji broniących praw dziecka, w społecznościach wierzących w czary i opętania takie historie często pozostają niewykryte - do momentu, kiedy dziecko umiera. Simon Bass, dyrektor Churches' Child Protection Advisory Service (CCPAS, organizacji stworzonej przez Kościoły chrześcijańskie, zajmującej się ochroną praw dzieci) szkoli przedstawicieli Kościołów, jak korzystać ze zgromadzonej na ten temat wiedzy. - Pracownicy socjalni muszę rozumieć społeczności, wśród których pracują - tłumaczy. - Dlatego zachęcamy ich do współpracy z organizacjami takimi jak nasza. Philip Ishola, zajmujący się sprawami handlu dziećmi z ramienia LSCB, jest także specjalistą do spraw dzieci w radzie londyńskiej dzielnicy Harrow. Jego zdaniem pracownicy socjalni coraz lepiej rozumieją problemy związane z oskarżeniami o czary. - Trzy czy cztery lata temu nikt nie brał tego poważnie - tłumaczy. - Ludzie Zachodu zupełnie inaczej postrzegają zjawiska opętania czy czarów. Dziś wiemy już, że ludzie przyjeżdżający tu z Afryki i innych części świata często naprawdę głęboko w to wierzą. Staramy się patrzeć na te historie z innej perspektywy. komentuj >> | |
| Potrzebny trzeci pakiet pomocy dla Grecji | 2012-01-18 |
|
Jego zdaniem to konieczne, bo nikogo nie stać na wyjście Grecji ze strefy euro, a samo zaangażowanie inwestorów prywatnych nie wystarczy. "Grecja będzie wymagała wsparcia ze strony pozostałych członków strefy euro" - powiedział Zuleeg. Wyjaśnił, że konsekwencją strat inwestorów będzie dalsze obniżenie ratingu Grecji, a więc kraj ten w "przewidywalnej przyszłości" nie będzie w stanie sam finansować się na rynkach. Zdaniem eksperta Grecji prawdopodobnie nie wystarczy drugi pakiet pomocy eurolandu i Międzynarodowego Funduszu Walutowego uzgodniony na październikowym szczycie UE i będzie potrzebny trzeci pakiet. "Nawet jeśli Grecja zrobi wszystko, czego od niej wymagają pożyczkodawcy, i jej sytuacja gospodarcza się poprawi, potrzebny będzie czas, aby wrócić na rynki. To nie znaczy, że pieniądze przepadną. Jeśli Grecja będzie prowadzić właściwą politykę, a jej gospodarka znowu zacznie rosnąć - będzie w stanie spłacać pożyczki" - powiedział Zuleeg. Jego zdaniem Grecja może sama zacząć się finansować nawet w 2020 r., jednak jeśli sytuacja się nie poprawi, inwestorzy mogą być narażeni na dalsze straty ponad uzgodnione 50 proc. i wtedy rynki mogą jeszcze bardziej stracić zaufanie. Jak napisał w środę Reuters, pod koniec marca kończy się okres zapadalności greckich papierów na kwotę 14,5 mld euro i Grecja potrzebuje porozumienia z inwestorami, aby uniknąć bankructwa. Źródła agencji wskazywały jednocześnie, że porozumienie jest możliwe już w przyszłym tygodniu. W środę zrzeszający banki Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF) i grecki rząd wznowili rozmowy o udziale inwestorów w stratach na greckich obligacjach, kiedy w piątek negocjacje zostały zerwane. Tymczasem porozumienie w tej sprawie Komisja Europejska stawia jako warunek uruchomienia pożyczki z drugiego pakietu. Na październikowym szczycie strefy euro uzgodniono, że grecki dług zmniejszy się o blisko 100 mld euro, z ówczesnych 350 mld, dzięki zgodzie posiadaczy greckich obligacji na poniesienie strat w wysokości 50 proc. ich wartości. W ramach drugiego pakietu oprócz redukcji długu o straty pożyczkodawców Grecja ma otrzymać 130 mld euro od eurolandu i MFW, z czego 30 mld to gwarancje dla inwestorów zachęcające ich do wymiany obligacji greckich na papiery o połowę niższej wartości. W zamian kraj zobowiązał się do przyjęcia daleko idących oszczędności. komentuj >> | |
| Wyspa Afrodyty liczy na gaz | 2012-01-01 |
Roman Imielski, Nikozja - Ogromne złoża gazu pod dnem Morza Śródziemnego mają zamienić Cypr w nową Norwegię, uniezależnić kraj od wpływów ze zbyt rozbudowanego systemu bankowego, a może nawet doprowadzić do zjednoczenia podzielonej od 37 lat wyspy. - Złoża gazu to błogosławieństwo dla Cypru, ale powinien być to przede wszystkim projekt unijny i zabezpieczenie energetyczne dla całej Europy. My jesteśmy małym krajem i po prostu nie będziemy w stanie wykorzystać takich ilości surowca - mówi szefowa dyplomacji Erato Kozakou-Marcoullis. Odkrycie pod dnem Morza Śródziemnego złóż gazu zelektryzowało 800-tysięczny Cypr tak jak sprawa gazu łupkowego Polskę. Według wyliczeń rządu w Nikozji może być go nawet 4 bln m sześc. Dla porównania szacowane złoża gazu łupkowego w naszym kraju wynoszą 5,6 bln m sześć. Polsce, która jest 33-krotnie większa niż Cypr i ma 50-krotnie więcej mieszkańców, mogłoby to wystarczyć na 300 lat. - Rozpatrujemy dwie możliwości: wybudowanie terminalu ciekłego gazu albo podwodnego rurociągu bezpośrednio na kontynent - wyjaśnia Kozakou-Marcoullis. Ten drugi wariant byłby dużo bardziej opłacalny niż budowa przez Gazprom i jego partnerów biznesowych z zachodniej Europy Gazociągu Północnego omijającego Polskę. North Stream to aż 1,2 tys. km łączących Rosję z Niemcami. Tymczasem z Cypru do Grecji jest ok. 250 km, a do Turcji - zaledwie 75 km. Jeśli doliczyć do tego budowę rurociągu z wybrzeża do podmorskich złóż położonych kilkadziesiąt kilometrów na południe od wyspy, sama inwestycja byłaby kilkakrotnie krótsza niż Gazociąg Północny. Licencje dla mocarstw Główną rolę w gazowych inwestycjach Cypru odegra jednak nie gospodarka, ale polityka. - Proszę zobaczyć mapę naszej wyłącznej morskiej strefy ekonomicznej. Pierwsze odkryte złoże, szacowane na blisko 280 mln m sześc., jest przy granicy strefy ekonomicznej Izraela, z którym już podpisaliśmy umowę o współpracy w tej kwestii. Wkrótce przyznamy koncesje na wiercenia w trzech innych rejonach - opowiada Erato Kozakou-Marcoullis. Problem w tym, że cypryjskich koncesji ani poszukiwań gazu nie uznaje Turcja, choć międzynarodowe prawo jest po stronie Cypru, członka ONZ i UE. Ankara nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z władzami w Nikozji, za to popiera utworzoną na północy wyspy samozwańczą Turecką Republikę Cypru Północnego. Wszystko przez wydarzenia z lata 1974 r., gdy napięcie między grecką większością mieszkańców a turecką mniejszością sięgnęło zenitu. W końcu wspierani przez rządzący w Atenach reżim czarnych pułkowników cypryjscy zwolennicy przyłączenia wyspy do Grecji przeprowadzili - nieudany zresztą - zamach na prezydenta Makariosa, który uciekł z kraju. To dało Turcji powód do interwencji zbrojnej i zajęcia 37 proc. powierzchni wyspy. Konsekwencją konfliktu było wygnanie Greków z północy Cypru, a Turków - z południa. Od tego czasu obie społeczności żyją osobno, dopiero w 2003 r. otwarte zostały dwa pierwsze przejścia graniczne (dziś jest ich pięć). - Tutaj mam zaznaczone trasy tureckich statków, które nielegalnie pływały w naszej strefie ekonomicznej. Przygotowujemy się do prawnej batalii z Turcją, jeśli zacznie ona poszukiwać gazu w naszej strefie ekonomicznej. Nic innego zrobić nie możemy, ale mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie. A jeśli dojdzie, to powinna ostro zareagować Unia, bo jest to w jej interesie - podkreśla Kozakou-Marcoullis. - Gaz powinien być dobrem wspólnym cypryjskich Greków i cypryjskich Turków. Jeśli skupimy się na naszej propozycji federacji grecko-tureckiej, możemy szybko zawrzeć porozumienie o zjednoczeniu. Jeśli Turcy wciąż będą dążyć do konfederacji, czyli de facto dwóch państw np. z dwoma bankami centralnymi, to porozumienia nie będzie. Samozwańcza Turecka Republika Cypru Północnego w październiku ogłosiła, że też rozpoczyna wiercenia pod dnem morza. Ankara, która utrzymuje na wyspie 42-tysięczny kontyngent wojskowy, wysłała do ochrony specjalistycznego statku poszukującego złóż fregaty i odrzutowce. Władze w Nikozji mają jednak pomysł, jak zabezpieczyć się przed groźbami Turcji. Pierwszą licencję przyznały brytyjskiemu gigantowi BP i amerykańskiej Noble Energy. - Cypryjczycy wiedzą, że Turcja nie zdecyduje się na atak na firmy pochodzące z takich mocarstw. Podobno premier Erdogan obiecał to już prezydentowi Obamie - mówi unijny dyplomata. - W dodatku wszyscy są pewni, że przy rozdawaniu kolejnych licencji jedną z nich dostanie Gazprom, a więc kolejne mocarstwo - Rosja. - W tej sprawie jesteśmy otwarci na współpracę z wszystkimi partnerami - przyznaje minister finansów Kikis Kazamias. Na pytanie, czy dla rządu chcącego traktować inwestycje gazowe jako projekt całej UE nie jest problemem to, że rosyjski Gazprom jest praktycznie monopolistą w dostarczaniu surowca do zachodniej Europy, Kazamias odpowiada: - Mamy wiele pól gazowych i możemy je rozdzielać. A jak dotąd Rosja nie wyraża zainteresowania tą sprawą, choć w przyszłości może się to zmienić. 10 tys. Rosjan Moskwa w sprawach finansów wyspy, na której według legendy urodziła się Afrodyta, jest graczem kluczowym. Właśnie udzieliła 2,5 mld euro kredytu na niezwykle korzystnych warunkach - oprocentowanie to zaledwie 4,5 proc., dużo niższe niż podobne pożyczki choćby z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. - Z wielu powodów nie mogliśmy skorzystać z oferty rynków finansowych, w dodatku propozycja Rosji była dla nas najwygodniejszym sposobem na pozyskanie pożyczki. Agencje ratingowe, cokolwiek o nich myśleć [w ostatnich miesiącach obniżyły rating Cypru do poziomu śmieciowego], pozytywnie zareagowały na umowę - tłumaczy minister Kazamias. - Podpisałem ten dokument w pełni transparentnie, nie mamy żadnych politycznych ani innych zobowiązań względem Rosji. Moskwa jeszcze od lat 70. jest bliskim partnerem Cypru (by zrobić na złość będącej w NATO Turcji) i konsekwentnie popiera Nikozję w staraniach o zjednoczenie wyspy. Jednodniowa wizyta prezydenta Dmitrija Miedwiediewa na początku października br. była wielkim wydarzeniem. - ZSRR podpisało z nami umowę o zniesieniu podwójnego opodatkowania firm i choć nie miało to wtedy znaczenia, bo wszystkie przedsiębiorstwa w Związku Radzieckim były państwowe, to przydało się w ostatnich 20 latach. Dziś zarejestrowane na Cyprze firmy należące do osób z byłego ZSRR są największym inwestorem w Rosji i na Ukrainie - opowiada Manthos Mavrommatis, szef Cypryjskiej Izby Handlu i Przemysłu. W sumie firmy z wyspy od lat 90. XX w. zainwestowały w Rosji aż 54 mld dol. W samym Limassol mieszka 10 tys. Rosjan. Są świetnie zorganizowani, mają nawet własne stacje radiowe i telewizyjne, czasopisma. - Jesteśmy dla nich atrakcyjni, bo jesteśmy państwem prawa, łatwo u nas zarejestrować firmę, w dodatku podatek od osób prawnych to tylko 10 proc. [w Polsce 19 proc.] - wyjaśnia Mavrommatis. Podkreśla, że na Cyprze nie ma rosyjskich oligarchów typu Roman Abramowicz ("Oni wolą Londyn"), są za to firmy amerykańskie czy brytyjskie, które też inwestują w Rosji. Tajemnicą poliszynela jest jednak to, że wielu Rosjan boi się, iż w ojczyźnie mogliby podpaść władzy i szybko wszystko stracić, a być może nawet trafić za kratki. W dodatku Cypr nie patrzy na ręce ludziom przywożącym na wyspę pieniądze. - To oczywiście nie jest już taki raj podatkowy jak przed przystąpieniem w 2004 r. do UE, ale też nie jest w pełni transparentny - mówi unijny dyplomata. A może kasyna? Cypryjski rząd rosyjskiej pożyczki jeszcze nie wykorzystał, ale może zrobić to w każdej chwili, by np. załatać dziurę w budżecie, która w tym roku ma wynieść ok. 6 proc. z 17,5 mld euro PKB (dług publiczny to blisko 65 proc.). Ostatni kryzys nie ominął bowiem wyspy, której najważniejsze dochody to wpływy z systemu bankowego (ok. 15 proc.). Tu też główną rolę odgrywają Rosjanie, którzy od upadku ZSRR przetransferowali na wyspę według oficjalnych danych 17 mld dol. Kraj jest w recesji, w dodatku cypryjskie banki są mocno zaangażowane na rynku sypiącej się Grecji. - Na szczęście nasze banki nie miały toksycznych papierów. Mają za to greckie obligacje za 5 mld euro, co akurat nie jest jakimś ogromnym obciążeniem. Dużo większym problemem jest to, że nasze banki miały w Grecji oddziały i brały aktywny udział w udzielaniu różnych kredytów. To 22 mld euro i jeśli grecka gospodarka w miarę szybko nie odbije się od dna, może to być problem - mówi Mavrommatis. Uspokaja jednak, że kapitalizacja sektora bankowego jest bardzo dobra: - Depozyty to 70 mld euro, z czego 25 mld to pieniądze z zagranicy. Dochody budżetowe z sektora bankowego to 8,6 proc. PKB w 2010 r. Dlatego jakiekolwiek zachwianie na tym rynku może być dla Cypru katastrofalne. - Nie wykluczamy dokapitalizowania banków, jeśli będzie taka potrzeba - mówi George Georghiou z rządowego Stałego Biura Planowania. - Musimy zrobić wszystko, by zachować zaufanie inwestorów i ludzi, którzy mają pieniądze w naszych bankach - podkreśla Mavrommatis, który jest też członkiem rady nadzorczej Banku Cypru. - Katastrofą byłaby sytuacja, gdybyśmy musieli zwrócić się o pomoc z Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej. Zdaje sobie z tego sprawę rząd, który chce przeprowadzić ostre cięcia budżetowe już od 2012 r. Mają one doprowadzić w 2012 r. do zmniejszenia deficytu poniżej 3 proc., a w 2014 r. do jego zlikwidowania. Ma do tego doprowadzić kilka kroków: obcięcie zarobków w sektorze publicznym o 5 proc. i ich zamrożenie na dwa lata; zakaz przyjmowania do sektora publicznego nowych pracowników poza przypadkami odejścia kogoś na emeryturę; wypłacenie wszystkich emerytur z systemu powszechnego (w sumie na emerytury i pensje w sektorze publicznym rząd wyda w 2011 r. 2,8 mld euro, tegoroczny budżet państwa to 8 mld euro); obcięcie o 1 proc. PKB wydatków na cele socjalne; wzrost VAT z 15 do 17 proc. Nie przeszedł za to pomysł podniesienia wieku emerytalnego z 63 do 65 lat. - Na cięcia mamy zgodę opozycji i partnerów społecznych - zapewnia Georghiou. - Myślimy też o udzieleniu koncesji na kasyna. Nie chodzi tylko o bezpośrednie wpływy do budżetu, ale też o rozruszanie wzrostu gospodarczego poprzez inwestycje w ten sektor. Do tej pory Cypr był przeciwny rozwojowi sektora hazardowego, bo nie godzili się na to ani hierarchowie wpływowego Kościoła prawosławnego, ani równie wpływowi komuniści z rządzącej obecnie partii AKEL, z prezydentem Dimitrisem Christofiasem na czele. Sytuacja zmieniła się przez kryzys oraz przez to, że Turcy wybudowali na północy 23 wielkie hotele-kasyna. Rząd chce też nadal rozwijać turystykę - w 2011 r. odwiedziło już Cypr rekordowe 2,4 mln osób, co było efektem m.in. niepokojów w krajach Afryki Północnej. Wpływy z tego sektora mają wynieść 10 proc. PKB. Ma też mocniej postawić na szeroko rozumiany sektor innych usług - od turystyki medycznej (wyspa ma bardzo dobry poziom opieki medycznej) po organizację zjazdów takich jak coroczne spotkania europejskich chirurgów. Mała gospodarka, szybka reakcja - Wiemy, że musimy zacisnąć pasa. Dotychczas żyliśmy bardzo dobrze. Pensje i emerytury mieliśmy przecież bardzo wysokie - mówi mi nauczycielka z jednej ze szkół w Nikozji. Dla porównania PKB per capita Cypru w 2010 r. to 21,6 tys. euro, a Polski - 9,3 tys. euro. Bogactwo najbardziej widać na ulicach, gdzie roi się od ekskluzywnych sklepów najlepszych projektantów oraz bmw, mercedesów, audi czy volvo. - To wszystko jest na kredyt - przestrzegają sami Cypryjczycy. - Tak źle jeszcze nie było. Nigdy nie dostawałem tylu podań o pracę co obecnie - opowiada Nikos Karoullas, który ma firmę sprowadzającą na wyspę leki (na Cyprze nie ma fabryk farmaceutycznych). Powód? Bezrobocie z 3,5 proc. w 2009 r. skoczyło do 8,2 proc. w tym roku. - Mała gospodarka ma tę przewagę nad dużą, że można szybko reagować na zagrożenia - minister Kazamakis jest dobrej myśli w sprawie przyszłości swego kraju. komentuj >> | |
| Na Samoa po wczorajszym czwartku jest dzisiaj od razu sobota | 2011-12-30 |
Dzięki przejściu z czwartku od razu w sobotę Samoa znajdzie się w tej samej strefie czasowej, co jego kluczowi partnerzy handlowi tacy jak Australia czy Nowa Zelandia. Do tej pory przez różnicę w czasie każdego tygodnia Samoa traciło dwa dni handlowe. - Ludzie z Australii czy Nowej Zelandii nie będą do nas dzwonili w niedzielę, gdy modlimy się w kościołach, choć u nich jest już poniedziałek, unikniemy też sytuacji, gdy my w piątek dzwonimy do naszych partnerów handlowych, a oni wypoczywają, bo mają już sobotę - przekonywał premier Sailele Malielegaoi Tuilaepa. - Będzie można dwukrotnie obchodzić urodziny, ślub, rocznicę ślubu, mając tę samą datę, ale w różnych dniach, przemieszczając się mniej niż godzinę lotu i nie opuszczając archipelagu Samoa - podkreślił. Na znak dokonania przejścia z czwartku w sobotę rozdzwonią się kościelne dzwony i będą śpiewane kolędy. Aby zapewnić sobie poparcie obywateli dla zmiany, rząd ogłosił, że firmy w wynagrodzeniu dla pracowników muszą uwzględnić brakujący piątek 30 grudnia, a bankom nie wolno naliczać za ten dzień odsetek. Decyzja władz budzi kontrowersje wśród członków Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, którzy nie ustalili jeszcze, którego dnia powinni świętować biblijny szabat, obchodzony w sobotę. To bynajmniej nie pierwsza znacząca zmiana na Samoa w ostatnich latach. W 2009 roku premier Tuilaepa nakazał zmianę ruchu prawostronnego na lewostronny, co upodobniło również przepisy drogowe na Samoa do tych w Australii czy Nowej Zelandii. komentuj >> | |
| Przełożony monastyru oskarżony o milionową korupcję | 2011-12-29 |
W 2005 r. klasztor Vatopedi oddał państwu 8 tys. hektarów niezbyt wartościowej ziemi, za które otrzymał atrakcyjne nieruchomości pod Atenami i tereny na wybrzeżu, które po niedługim czasie odsprzedał z zyskiem deweloperom. Państwo straciło na tej transakcji ok. 100 mln euro. Afera korupcyjna z udziałem Efraima, zwierzchnika duchowego klasztoru Vatopedi, wstrząsnęła grecką opinią publiczną. Monastyr Vatopedi jest drugim najważniejszym klasztorem na świętej górze Athos, na której mnisi wywalczyli sobie daleko idącą autonomię. Z monastyrami przegrała nawet Unia Europejska, nie mogąc narzucić mnichom rezygnacji z dyskryminujących kobiety przepisów. Były premier Kostas Karamanlis, który stał za tą transakcją, przekonywał, że była ona korzystna dla obu stron. Ujawnienie skandalu doprowadziło jednak do upadku jego prawicowego rządu w 2009 r. 56-letniego Efraima, zwierzchnika duchowego klasztoru, oskarżono o nakłanianie urzędników do defraudacji, krzywoprzysięstwa i nielegalnego obrotu pieniędzmi. Wycofane zostały zarzuty wobec trzech ministrów z rządu Karamanlisa. Cypryjski duchowny nie przyznaje się do zarzutów. Od soboty przebywał w areszcie domowym, a w środę został osadzony w największym więzieniu w Grecji - ateńskim Korydallos. Na aresztowanie Efraima protestami zareagowały prawicowe partie. - Wsadzili Efraima do więzienia w Wigilię, podczas gdy inni, którzy defraudowali greckie pieniądze, wciąż pozostają bezkarni - denerwował się George Karatzaferis, przywódca partii LAOS będącej członkiem obecnego rządu jedności narodowej. komentuj >> | |
| Pieniądze męskości nie (do)dają? | 2011-12-26 |
Marianna Wiosna Czy mężczyzna bez grosza może być męski? Od zarania dziejów, mężczyźnie przypadała rola żywiciela rodziny. Kobieta miała spełniać funkcję mniej zarobkową, a bardziej domowo-roboczą. Na szczęście, ten model współżycia odchodzi już do lamusa, ale czy wraz z nim odchodzi również pogląd, że pieniądze przydają męskości? - Mnie nie chodzi o to, że mężczyzna musi mieć pieniądze - mówi Kasia, (28 lat). - Mężczyzna musi być zaradny - i to jest moje podejście. Nie jestem typem matkującej kobiety, nie mogłabym być z panem, który jest życiowym fajtłapą, który się leni i nie może sobie znaleźć pracy. Jak mężczyzna jest zaradny, to i pieniądze się znajdą. Ja sama pracuję w trzech pracach. Nie mogłabym wracać do domu i widzieć mojego faceta siedzącego przed telewizorem w kapciach i z pilotem w ręku, dzień w dzień, bo pracy dla niego nie ma. Jak chcę się pośmiać, to sobie "Kiepskich" obejrzę. Nie gardzę mężczyznami bez pieniędzy, bo pieniądze - rzecz nabyta, raz są, raz ich nie ma, ale takimi, którzy nie zakasują rękawów i nie wykorzystują swoich możliwości i talentów, a lenią się na kanapie cały dzień, czekając na mannę z nieba, czy też prędzej, na kobietę z pieniędzmi. - Zawsze wybierałam sobie na partnerów mężczyzn z pieniędzmi, to prawda - opowiada Justyna, (35 lat). - Wysoko cenię fakt, że mężczyzna umie dobrze zarobić. Lekkoduchy bez grosza nigdy mnie nie interesowały. Sama dobrze zarabiam i ciężko na to pracuję. Ale! - tak naprawdę to nie jest kwestia wysokich zarobków - ile tego, że mój mężczyzna musi mieć gest. To jest dla mnie wyznacznik męskości. Gest, który sam w sobie jest klasą. I nie mam tu na myśli, że musi mi kupić najdroższe perfumy w sklepie i będzie się przy tym puszył jak paw przed wpatrzonymi w niego młodymi ekspedientami, a one będą wzdychać jaki to on jest fantastyczny dla swojej kobiety. Taki facet to dla mnie nowobogacki burak. Drogie perfumy mogę sobie kupić sama, nie potrzebuję mężczyzny do tego. Mieć gest - to dla mnie znaczy coś innego. Ostatnio, mojej przyjaciółce nagle zmarła jej ukochana babcia, więc spytała mnie czy przyjdę na pogrzeb, bo by się dzięki temu lepiej czuła. Pechowo pogrzeb wypadł w dzień, w którym ja i mój partner, Marek, mieliśmy lecieć na parę dni do Rzymu, obchodzić rocznicę naszego związku. Marek bardzo się na ten wyjazd cieszył, kupił dla nas bilety miesiąc wcześniej i wszystko zaplanował. Bilety były w cenie promocyjnej, nie do zwrotu. Babci mojej przyjaciółki nie widziałam nigdy na oczy, a do Rzymu wyjazd dla nas był ważny. Spytałam Marka, co mam zrobić? A on na to: "Oczywiście, pójdziesz na pogrzeb, bo to ważne, a polecimy następnego dnia." Ale następnego dnia nie było już promocji. Straciliśmy bilety za 1000 zł, a za nowe Marek zapłacił 3000 zł. Wyszło na to, że pogrzeb babci mojej przyjaciółki, kosztował Marka 4 tys. zł. Ale mój mężczyzna bez słowa skargi czy jakiegokolwiek protestu, czy nawet komentarza, że to babcia, której nie znałam i że moja przyjaciółka poradzi sobie beze mnie przez trzy dni, po prostu kupił dla nas nowe bilety i nie było sprawy. Znam mężczyzn, którzy zarabiając dziesięć razy więcej od Marka i tak dostaliby apopleksji na myśl, że tak "głupio" marnują pieniądze. A ja po prostu wiem, że jestem z mężczyzną, który ma gest. Jeżeli mężczyzna nie posiada żadnych innych atrybutów oprócz pieniędzy - to może mieć problem. Autor Mistrza i Małgorzaty, Michaił Bułhakow, pisał, że kobiety pasjami uwielbiają mężczyzn, którzy to, co robią, robią po mistrzowsku, i to im wystarcza. Niebieskie ptaki, artyści wszelakiej maści, którzy z reguły bogaci zostają (jeśli w ogóle) pod koniec życia, nigdy nie narzekali na brak atencji u płci pięknej. Tak samo zresztą jak przedstawiciele zwodów typu ratownik, instruktor tenisa, nart itd. Biznesmenami zarabiającymi krocie najczęściej nie są, a za nimi panny sznurem. Jeśli mężczyzna nie posiada niczego, czym może się pochwalić w postaci talentu czy pasji, wówczas faktycznie zostaje mu tylko "fura, skóra i komóra" - a to działa już coraz słabiej na damy. komentuj >> | |
| Kryzys korzystny dla polskiego turysty | 2011-12-19 |
Wzrost bezrobocia, niepewność na rynkach i zagrożenie bankructwem kilku europejskich krajów, to negatywne skutki kryzysu, który nieoczekiwanie może przełożyć się na poprawę sytuacji polskiego turysty. Nie dość, że spadają ceny zorganizowanych wycieczek i biletów lotniczych, to jeszcze stanieją różne atrakcje turystyczne oferowane przez miejscowych. ... Wzrost bezrobocia, niepewność na rynkach i zagrożenie bankructwem kilku europejskich krajów, to negatywne skutki kryzysu, który nieoczekiwanie może przełożyć się na poprawę sytuacji polskiego turysty. Nie dość, że spadają ceny zorganizowanych wycieczek i biletów lotniczych, to jeszcze stanieją różne atrakcje turystyczne oferowane przez miejscowych. Wyjazd do Grecji czy Włoch kosztuje nawet 20 proc. mniej - wynika z analizy Tripsta.pl. Z badań Instytutu Turystyki wynika, że w 2012 roku Polacy będą wyjeżdżać na wakacje częściej niż obecnie. Jeszcze trzy lata temu z Polski wyjeżdżało ok. 8 mln rodaków, potem z uwagi na kryzys, liczba ta spadła do 6 mln, a obecnie znów wzrasta. Szacuje się, że za dwa lata powróci do stanu sprzed kryzysu. Dzieje się tak między innymi dlatego, że kraje, które główny dochód czerpią z turystyki i są dotknięte kryzysem gospodarczym, robią wszystko, by wciąż przyciągać urlopowiczów. Wiele wskazuje na to, że tego typu metody przynoszą efekty, bo Polacy chętnie podróżują do tych krajów - wynika z analizy Instytutu Turystyki. Polacy często odwiedzają także Turcję, Egipt, Chorwację i Irlandię, Grecję. Ceny wycieczek w czasie kryzysu Według raportu Instytutu Turystyki najciekawszymi miejscami, które chętnie odwiedzają wczasowicze są: Portugalia, Włochy, Grecja i Hiszpania. Tak się składa, że wszystkie te państwa borykają się z problemami finansowymi. Z analizy Instytutu Homo Homini wynika, że w minionym sezonie wakacyjnym Polacy na zagraniczne wyjazdy wydali ok. 2500 zł. Koszt wycieczki do jednego z wymienionych wyżej krajów Basenu Morza Śródziemnego nie przekraczają tej granicy. Przykładowo, za wiosenny wyjazd do Grecji w opcji All Inclusive trzeba zapłacić od 1400 zł, niewiele drożej zresztą wychodzi ten sam wyjazd w ścisłym sezonie. Z kolei turyści, którzy za cel swojej podróży obiorą Hiszpanię lub Portugalię, zapłacą za tygodniowy wyjazd ok. 2000 zł. Dla porównania, za 2500 zł można wykupić wczasy w Egipcie, Tunezji w ekskluzywnym pięciogwiazdkowym hotelu z opcją pełnego wyżywienia. Nie da się więc nie zauważyć, że nie tylko spadają ceny wczasów, ale również rośnie ich jakość. Szacuje się również, że wzrośnie zainteresowanie tych krajów, których rodzima waluta jest słaba w porównaniu ze złotówką. Coraz tańsze powinny być więc wyjazdy na Węgry. komentuj >> | |
| Motoryzacja w Grecji rośnie | 2011-12-17 |
Andrzej Kublik /
Jak to możliwe, skoro problemy Grecji ze spłatą 100 mld euro długu spędzają liderom UE sen z powiek, bo wpędziły w tarapaty finansowe całą strefę euro? Utrzymująca się od czterech lat recesja w Grecji zmniejszy PKB tego kraju w sumie o 15 proc., a bez pracy w trzecim kwartale było 17,7 proc. Greków. W zupełnie innej sytuacji jest Polska, która przez ostatnie lata kryzysu ciągle się rozwijała i ten rok zakończy wzrostem PKB o 4,1-4,2 proc., jak szacuje nasze Ministerstwo Gospodarki. Zaskakujący ruch w greckich salonach samochodowych to skutek rządowych dotacji dla nabywców nowych samochodów, którzy oddadzą na złom stare pojazdy. Przynajmniej tak tłumaczy boom greckie Stowarzyszenie Przedstawicielstw Importerów Pojazdów Samochodowych (AMVIR). Z rządowych zachęt skorzystali w Grecji nabywcy 61 proc. aut zarejestrowanych w zeszłym miesiącu. I zapewne w tym miesiącu przybędzie ich, bo z tych ulg można korzystać tylko do 20 grudnia. Grecki kierowca, który odda na złom sprawne auto mające ponad 12 lat, w zamian dostaje ulgę podatkową na zakup nowego auta z silnikiem do 2 litrów. Ulga jest odliczana od podatku za rejestrację samochodu i wynosi od 300 do 2800 euro, zależnie od pojemności silnika. W Polsce tymczasem mamy załamanie na rynku motoryzacyjnym. To skutek zamrożenia przez rząd ulg podatkowych dla firm kupujących auta "z kratką". Chodzi o samochody osobowe, które po niewielkich przeróbkach są traktowane jak ciężarówki i dzięki temu ich nabywcy mogli odliczyć pełny VAT od ceny auta. Pod koniec zeszłego roku w salonach stały kolejki przedsiębiorców spieszących się z zakupem auta z kratką na korzystniejszych warunkach. A w tym roku salony samochodowe świecą pustkami. Co gorsza, niepokoje o los strefy euro zniechęcają do zakupu nowych aut. W listopadzie w UE zarejestrowano nieco ponad 1 mln samochodów, o 3,5 proc. mniej niż przed rokiem. Ten wynik poprawiła Grecja, a niestety pogorszyła Polska. komentuj >> | |
Wyświetlane: 1 - 10 z 527






